KTR BikeOrient

Aktualności Wyprawy Wycieczki Zawody Polecamy O Nas Goście

Górny Śląsk, Mała Fatra 8-15 sierpnia 2005


Dzień 1 (8 sierpnia, poniedziałek)

Jura niezbyt przyjazna dla sprzętu rowerowego

Pogoda od kilku dni nie była zbyt dobra, gdyż co chwila padał deszcz i było zimno. Nie chcieliśmy jednak dłużej czekać i pomimo pochmurnego nieba i chłodu zdecydowaliśmy się na wyjazd. Wstaliśmy o 4 i po zjedzeniu obfitych porcji spaghetti wyruszyliśmy na południe. Trochę z niecierpliwością mijaliśmy dobrze znane nam tereny. Dopiero za Bęczkowicami wjechaliśmy na „nowe” drogi. Za Przerąbkiem wsiedliśmy na koło ciągnikowi, ciągnącego wózek ze świnią. Przejechaliśmy za nim kilka kilometrów co pozwoliło nam trochę odpocząć, tym bardziej że częściowo trzymaliśmy się wózka. Minęliśmy Wzgórza Radomszczańskie, zrobiliśmy tutaj pierwszy popas. Za Kobielami Wielkimi zaczęło padać, a my właśnie wjechaliśmy w las. Schroniliśmy się na przystanku. Kolejną miejscowością na trasie było Żytno, gdzie obejrzeliśmy dość oryginalny kościół. W Cielętnikach leżących już w województwie śląskim zobaczyliśmy jedno z grubszych drzew w Polsce, prawdziwy cud natury. Lipa o obw. 10 m rosnąca obok kościoła, w rzeczywistości jest zbiorem kilkunastu lip posadzonych obok siebie. Kora lipy była uznawana przez pątników za lekarstwo uśmierzające ból zębów. Tak się złożyło, że Paweł miał akurat taką dolegliwość, dlatego pogryzł korę lipy. Podobno pomogło. W Świętej Annie zwiedziliśmy kościół i sanktuarium. Mijaliśmy kolejne kościoły oraz Park Krajobrazowy Stawki – najmniejszy w Polsce. W oddali zaczęły pojawiać się pagórki. Był to znak, że jesteśmy już blisko Jury. Bramą wjazdową na ten obszar był dla nas Janów. Miejscowość nie zrobiła na nas pozytywnego wrażenia szybko więc pojechaliśmy do Złotego Potoku. Byliśmy już tam trzy lata temu w czasie wycieczki na Jurę. Zwiedziliśmy park, kościół, a następnie źródła Zygmunta. Widzieliśmy Jaskinię Ostrężnicką i ruiny zamku. Tutaj rozpoczęły się awarie rowerowe. Najpierw zauważyłem, że z przedniego koła wyszło powietrze. Wszystko przez pinezkę, na którą wjechałem. Wymieniłem, więc dętkę i chcieliśmy ruszyć dalej. Ale nic z tego, dętka okazała się dziurawa. Bardzo zawiodłem się na Pawle, mechaniku wycieczki, który zapewniał mnie, że wszystko przygotował należycie. Powróciłem do poprzedniej dętki, którą zakleiłem. Ruszyliśmy i po kawałku kolejna awaria! Podbiło mnie na korzeniu lub na skale i skrzywiło się tylne koło, które Paweł na szczęście nacentrował. W Żarkach zwiedziliśmy Klasztor Paulinów z cudownym źródełkiem. W Myszkowie zatrzymaliśmy się tylko na zakupy. Przed Siewierzem robiło się już ciemno, dlatego poszukaliśmy miejsce na nocleg. Po rozbiciu namiotu rozpaliliśmy ognisko. Upiekliśmy kiełbaski i ugotowaliśmy wodę na herbatę. Noc nie była spokojna, gdyż nieustannie dochodziły do nas odgłosy maszyn pracujących w pobliskiej kopalni.

Przejechane: 151,1 km


Dzień 2 (9 sierpnia, wtorek)

Bez licznika nie pojadę w góry!

Rano udaliśmy się do Siewierza, gdzie obejrzeliśmy zamek, jedną z warowni jurajskich, kościół parafialny. Później pojechaliśmy do kościoła leżącego tuż przy trasie Warszawa – Katowice. Skromna świątynia wybudowana w stylu romańskim po licznych przebudowach nie prezentuje się zbyt okazale, ale jest najcenniejszym zabytkiem Siewierza. Dalej ruszyliśmy w kierunku centrum Górnego Śląska, czyli do Okręgu Katowickiego. Pierwszym miastem była Dąbrowa Górnicza. Zaczęło się nietypowo jak na Okręg Katowicki: dużo zieleni, osiedla domów jednorodzinnych i bardzo malowniczy Zbiornik Pogoria III. Później wkroczyliśmy do Będzina. Zwiedziliśmy Wzgórze Zamkowe z kościołem i ciekawym zamkiem wybudowanym prawdopodobnie przez Kazimierza Wielkiego, ale tak naprawdę nie wiadomo kto wzniósł tą warownię ładnie wkomponowaną w otoczenie. Przejechaliśmy niewielką odległość a tu już Czeladź. W centrum miasta zwiedziliśmy monumentalny neogotycki kościół. Nie pojechaliśmy jednak dalej, bo złapałem gumę w tylnym kole. Na szczęście w pobliżu był sklep rowerowy. Kupiłem nowa dętkę, gdyż stara była już nieźle łaciata. Była także okazja do wymiany opony, gdyż stara Authora była już poprzecierana. Z Czeladzi do Siemianowic Śląskich pojechaliśmy ul. Siemianowicką, która po krótkim odcinku zamienia się w ścieżkę. Na tej właśnie drodze zdarzył się tragiczny wypadek. Byliśmy już w Siemianowicach Śl., gdy spostrzegłem, że wypadł mi licznik. Wszystko przez przednią „sakwę”, źle przymocowaną do kierownika. Wróciliśmy się, by odszukać zgubę, ale nic nie znaleźliśmy. Pewnie ktoś sobie wziął i chyba się domyślam kto to był. Stratę trzeba było odżałować. Jednocześnie zaczęliśmy poszukiwać sklepów rowerowych. Zrobiliśmy zakupy w „Kauflandzie” i pojechaliśmy do parku w Chorzowie. Widzieliśmy Planetarium, kolejkę krzesełkową, Stadion Śląski. Niedaleko Stadionu spotkaliśmy sklep rowerowy. Tutaj zdecydowałem się na zakup licznika rowerowego VDO C10 za 116 zł. Zjedliśmy „obiad” i zamontowaliśmy komputerek. W międzyczasie trochę padało. Wypogodziło się w Katowicach. Tutaj widzieliśmy „Spodek” i Pomnik Powstańców Śląskich. Przejechaliśmy ulicą Korfantego, a później obok dworca PKP. Później zwiedziliśmy monumentalną Archikatedrę Chrystusa Króla. Minęliśmy autostradę A4 i wjechaliśmy do rozległego parku. Po zwiedzeniu drewnianego kościoła udaliśmy się przed kopalnię „Wujek”. Niestety kolejna awaria. Tym razem pękła szprycha. Zakładaliśmy nową przed pomnikiem rozstrzelanych górników. Do tego jeszcze doszedł deszcz. Na Górnym Śląsku opłaci się chyba handlować papierosami. Już któraś z kolei osoba pyta nas o to, czy nie sprzedalibyśmy papierosów. Dalsza droga uzmysłowiła nam jak rozległe jest to miasto. Zbliżyliśmy się do Tychów i po raz pierwszy ujrzeliśmy góry, do których dotrzemy prawdopodobnie jutro. W Tychach obejrzeliśmy budynki Browarów Tyskich, rynek i kościół. Dalej pojechaliśmy ścieżką rowerową biegnącą wzdłuż Al. Bielskiej. Po zrobieniu zakupów wjechaliśmy w las. Poszukiwanie miejsca na nocleg trwało bardzo długo, gdyż trudno było znaleźć równe podłoże. Namiot rozbiliśmy nad stawem niedaleko miasta.

Przejechane: 95,6 km


Dzień 3 (10 sierpnia, środa)

Burza, która pomogła znaleźć nocleg

Pierwszą miejscowością był dzisiaj Kobiór. Za wsią zagłębiliśmy się ponownie w lasy będące częścią Puszczy Pszczyńskiej. Wreszcie dotarliśmy do Pszczyny, która jest naprawdę ładnym miastem, głównie za sprawą pałacu i rozległego parku. Jazda rowerem po alejkach pszczyńskiego parku była bardzo przyjemna, Obejrzeliśmy ciekawe wnętrze kościoła, pałacu jednak nie zwiedzaliśmy, pomimo, że oferował nam przechowanie rowerów pewien mieszkaniec Pszczyny. Ruszyliśmy w dalszą drogę. W Goczałkowicach obejrzeliśmy zdrojową część wsi, która sprawiała dość przygnębiające wrażenie, przynajmniej ja miałem takie odczucia. Następnie pojechaliśmy na tamę na Wiśle, której budowa przyczyniła się do powstania Jeziora Goczałkowickiego. Co prawda był zakaz wstępu na tamę, ale liczyliśmy, że nikt nie zwróci na nas uwagi. Niestety na drodze stanął nam strażnik i powiedział, że dalej nie pojedziemy. Okazało się jednak, że z boku prowadzi ścieżka z kładką na Wiśle. W lesie za tamą zrobiliśmy sobie odpoczynek połączony z popasem. Kolejny odcinek drogi, do Skoczewa nieco się nam dłużył. Góry zbliżały się do nas dużymi krokami, teren był coraz bardziej pagórkowaty. Jechaliśmy w dużej części europejskim szlakiem rowerowym Eurowelo 4 łączącym Kanał La Manche z Odessą. Zrobiło się naprawdę ciepło, to już trzeci dzień jazdy, a każdy następny jest cieplejszy. Zwiedziliśmy dwa kościoły, z których jeden miał bardzo interesujące wnętrze. Odpoczywaliśmy w rynku zajadając się chipsami. Odwiedziliśmy także sklep rowerowy i kupiliśmy tam szprychy. W Ustroniu Nierodzimiu obejrzeliśmy ładny drewniany kościółek. Dalej jechaliśmy ścieżką rowerową biegnącą tuż nad Wisłą, zatrzymując się na odpoczynek i mycie w rzece. Przejechaliśmy na drugą stronę Wisły do dzielnicy uzdrowiskowej Ustronia. Sanatoria zbudowane są tutaj naprawdę z dużym rozmachem. Roztaczają się stąd ładne widoki na okoliczne szczyty. Po uzupełnieniu zapasów wody w Źródle Żelazistym pojechaliśmy na lewy brzeg Wisły do centrum, które prezentuje się bardzo ciekawie. Aż do centrum Wisły jechaliśmy wygodna ścieżką rowerową. Tutaj widzieliśmy dwa kościoły, Dworek Myśliwski i miejski deptak. Bardzo szybko zrobiło się ciemno, pora więc była poszukać miejsca na nocleg. Chcieliśmy wyjechać z Wisły, ale nagle pojawiła się burza i zaczął padać bardzo obfity deszcz. Znaleźliśmy się przy wiadukcie kolejowym w dzielnicy Głębce. Ja zauważyłem gospodarstwo, które wyglądało na opuszczone. Postanowiliśmy, że tutaj spędzimy noc. Rowery przerzuciliśmy przez ścianę szopy i w niej rozstawiliśmy namiot. A właściwie, to tylko podwiesiliśmy wewnętrzną jego część, a dach mieliśmy zapewniony. Najważniejsze, że było sucho.

Przejechane: 110,34 km
Czas: 7h 15min
Średnia: 15,22 km/h


Dzień 4 (11 sierpnia, czwartek)

Nocleg prawie na stojąco

Padało prawie przez całą noc i wczesny poranek. Pojechaliśmy w górę potoku Łabajów, żeby zobaczyć skocznie narciarską, a następnie rozpoczęliśmy podjazd na Przełęcz Kubalonkę (761 m). Przez cały podjazd toważyszyła nam gęsta mgła. Za przełęczą obejrzeliśmy drewniany Kościół św. Krzyża, a dalej długi zjazd do Istebnej. Po zrobieniu zakupów i przekroczeniu Olzy dotarliśmy do centrum tej dużej wsi. Jedliśmy w pobliżu kościoła mając ładny widok na góry. Zachmurzenie powoli ustępowało i robiło się coraz cieplej. Bardzo widokowa jest droga biegnąca przez Jaworzynkę. Wieś ta ma nietypowe położenie jak na osadę górską. Leży na dziale wodnym, a nie w dolinie jak większość górskich miejscowości. Ciekawostką jest to, że przebiega tędy europejski dział wód. Jadąc przez wieś z prawej strony mijaliśmy tereny leżące w zlewisku M. Bałtyckiego, a z lewej M. Czarnego. Ciekawym miejscem, do którego trafiliśmy był Trójstyk, czyli styk trzech granic państwowych: polskiej, czeskiej i słowackiej. Stoją tutaj trzy obeliski, w trzech różnych krajach. Zjedliśmy pod zadaszeniem na polsko – czeskiej granicy. Wróciliśmy do centrum Jaworzynki i pokonując ostry podjazd dotarliśmy do przejścia granicznego z Czechami. W przygranicznej miejscowości Hrcava obejrzeliśmy drewniany kościółek. Piliśmy też wodę z cudownego źródełka, które podobno pomaga na oczy. Kolejnych kilka kilometrów przejechaliśmy szlakiem rowerowym po asfalcie zaliczając po drodze kilka ładnych zjazdów. Gdy wyjechaliśmy z lasu i wjechaliśmy na górkę ujrzeliśmy w oddali wysokie szczyty Małej Fatry – nasz jutrzejszy cel. Niebawem dojechaliśmy do czesko – słowackiego przejścia granicznego. Do Czadcy przeważał zjazd bardzo dobrą asfaltową drogą. W mieście zjedliśmy hamburgery i lody, zaopatrzyliśmy się też w prowiant. Ceny są porównywalne z polskimi, może nieco niższe. Myliły mi się trochę ok. dziesięciokrotnie wyższe nominały banknotów i monet. W Krasno n. Kysucom skręciliśmy na drogę do Starej Bystricy. Przez kilka kilometrów jechaliśmy za rowerzystą jadącym podobnie jak ja na authorze, tyle że na trekkingu. W Starej Bystricy u Pawła w rowerze przetarła się dętka. Mieliśmy więc przymusowy postój, ale w sumie dobrze, bo przy okazji umyliśmy się w rzece i najedliśmy. Przejeżdżaliśmy m. in. Przez Lutise cały czas jadąc w górę aż do Przełęczy Lutiska. Mieliśmy nadzieję, że przenocujemy w chacie jednak okazało się, że te które tu stoją są zamknięte lub zajęte przez letników. Jechaliśmy więc dalej zielonym szlakiem, będącym jednocześnie rowerowym. Początkowo pięliśmy się w górę, by następnie dość ostro zjeżdżać w dół wzdłuż strumyka. Namiot rozbiliśmy na polanie podwieszając górę wewnętrznej warstwy do gałęzi. Musieliśmy pod nogi podstawić torbę i rowery żebyśmy się nie zsuwali w dół. Za to widok był niecodzienny. Przed nami rozpościerały się szczyty Małej Fatry z wapiennymi skałami Sokolich na pierwszym planie, od których dzieliła nas dolina rzeki Varinka.

Przejechane: 88,65 km
Czas: 5h 43min
Średnia: 15,49 km/h


Dzień 5 (12 sierpnia, piątek)

Rowery w roli statystów

Rano dokończyliśmy wcześniejszy zjazd i tym samym opuściliśmy Kysuce. W Terchowej, głównej miejscowości wypadowej w Małą Fatrę obejrzeliśmy ruchomą szopkę w tutejszym kościele. Zrobiliśmy tu też zakupy. Przy sklepie spotkaliśmy rowerzystów z okolic Żywca. Powiedzieli nam, że nie da się wjechać na szczyty do których zmierzaliśmy. Wspięliśmy się na wzgórze na którym stoi monumentalny pomnik Janosika, gdyż był on związany z tą miejscowością i jest to jak najbardziej postać historyczna. Zaraz za Terchową wjechaliśmy do Wąwozu Tiesnavy – wąskiej bramy ze stromymi i wysokimi wapiennymi zboczami. Tym samym znaleźliśmy w Parku Narodowym Małej Fatry. Jadąc przez cały czas doliną rzeki Varinki dotarliśmy do Vratnej. Stanęliśmy pod górą, na którą mieliśmy wjechać. Głowę trzeba było zadzierać wysoko, wierzchołka jednak nie było widać. Podjazd na Wielki Krywań zaczął się bardzo łagodnie jak się później okazało. Miejscami można było nawet jechać. Wspinaliśmy się zielonym szlakiem. Początkowo droga prowadziła serpentynami nie było więc tak bardzo stromo. Mieliśmy do pokonania ponad kilometr, trudność polegała na tym, że była to różnica w pionie. Prawdziwe problemy, a co za tym idzie ogromny wysiłek czekał na nas, gdy ścieżka zaczęła iść prostopadle do stoku. Wchodzenie utrudniały dodatkowo wystające skały. Roweru nie dało się już podprowadzać więc trzeba było go nieść. Unoszenie roweru z bagażami po zboczu stromym, miejscami jak schody nie należało do łatwych zadań. Mijający nas turyści nie mogli uwierzyć, że my tu wchodzimy z rowerami. Udało nam się wczołgać na Snilowske Sedlo (1524 m). Ale to nie był jeszcze koniec. Na szczyt Wielkiego Krywania pozostało 185 metrów w pionie. Tutaj na szczęście nie było już tak stromo. Po ok. 4 godzinach od wejścia na zielony szlak udało nam się zdobyć najwyższy szczyt Małej Fatry. Tutaj spotkaliśmy turystów z Polski, którzy robili sobie zdjęcia z naszymi rowerami, bo tak byli zdziwieni. Dalsza droga to powrót na Snilowske Sedlo i znowu wspinaczka. Tym razem na Chleb (1646 m). Ze szczytów roztaczał się naprawdę imponujący widok nie tylko na pozostałą część Małej Fatry, ale także okoliczne doliny i góry (np. Wielka Fatra). Później było jeszcze łagodniej więc były dłuższe odcinki jazdy. Większość zjazdów była do pokonania na rowerze. Minęliśmy Sedlo za Hromovym (1550 m), Sedlo v Stenach (1480 m), Poludniowy Grun (1460 m), Stohove Sedlo (1230 m). Wydawałoby się, że dzisiaj nie będzie już tak trudnych odcinków jak podejście pod Snilowske Sedlo. Zmieniłem plan i zrezygnowałem z wejścia na Stoh. Niepokoił mnie jednak żółty szlak którym mieliśmy jechać, wijący się na mapie między poziomicami. Słowacy, których mijaliśmy mówili nam żebyśmy tamtędy nie jechali, bo jest błoto i się bardzo ciężko idzie, a co dopiero z rowerem. Musieliśmy jednak ruszyć tą drogą, gdyż plany musiałyby ulec dużej modyfikacji. Droga była naprawdę ciężka, gęste błoto, wąska ścieżka i do tego wystające skały, a nawet wąskie szczeliny. Szlak trawersował stromy stok dlatego czasami trudno było utrzymać równowagę. Po dłuższym czasie osiągnęliśmy Sedlo Medziholie. Tutaj znaleźliśmy źródełko. Chcieliśmy zanocować w chacie, ale pasterze pasący stado krów powiedzieli nam, że chaty już tu nie ma, pozostał tylko plac po budynku, gdzie można rozbić namiot. Rozstawiliśmy go obok namiotu turystów słowackich. Stąd mieliśmy ładny widok na Wielki Rozsutec – górę najeżoną wapiennymi skałami, uznawaną za jedną z najpiękniejszych na Słowacji.

Przejechane: 22,60 km
Czas: 3h 38min
Średnia: 6,23 km/h


Dzień 6 (13 sierpnia, sobota)

Nie ma jak u "Mamy"

Rozpoczęliśmy podejście niebieskim szlakiem na Osnicę. Turystki idące tą samą drogą z przeciwka poradziły nam, że lepiej byłoby, gdybyśmy pojechali zielonym. Tam też pojechaliśmy, tym bardziej że wcześniej rozważałem możliwość wybrania tej trasy. Wcale jednak ten wariant nie był łatwy. Być może nawet był trudniejszy, ale tego już się raczej nie dowiemy. Jechaliśmy doliną Bystricki. Początkowo było bardzo stromo, dlatego nie dało się jechać. Przeprawę utrudniały powalone drzewa i błoto, które podobnie jak wczoraj zapychało koła. Później było już mniej stromo, a droga się poprawiła. Końcowy odcinek doliny pokonaliśmy nawet po asfalcie. Następnie jechaliśmy trasą biegnącą nad Orawą. Przejeżdżaliśmy m.in. Przez Parnicę. Po drodze zatrzymaliśmy się na odpoczynek nad rzeką. Nie zabawiliśmy tu jednak długo, gdyż miejscowe gospodynie przyszły prać dywan. Były bardzo zdziwione, że my tutaj przyjechaliśmy aż z Polski. W Dolnym Kubinie przejechaliśmy przez drewniany zadaszony most na Orawie. W Pizzerii „Mama” zjedliśmy po pizzy i wypiliśmy herbatę. Byłem też w supermarkecie na zakupach. Następnym celem wycieczki miałbyć Orawski Podzamok, do którego dojechaliśmy ruchliwą trasą. Główną atrakcją tej miejscowości jest wielki zamek, którego najwyższe części zawieszone są na ponad stumetrowej wapiennej skale. Nie zwiedzaliśmy go jednak, gdyż były duże kolejki i trudności z przechowaniem rowerów. Po zrobieniu zdjęć ruszyliśmy w Orawską Magurę. Pokonaliśmy długi i męczący podjazd na przełęcz, z której rozlegał się rozległy widok z górującą Babią Górą, Pilskiem i Wielką Raczą. Tutaj zrobiliśmy dłuższy postój. Potem czekał nas ostry zjazd do Hrustinu. Gdy dojechaliśmy do wsi zaczął padać deszcz. Schowaliśmy się w zastawce, czyli na przystanku. Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa. Deszcz na szczęście przestał padać i ruszyliśmy w kierunku Namestowa. Przeważały zjazdy, dlatego bardzo szybko dotarliśmy do miasta. Przyjechaliśmy tutaj zobaczyć największe na Słowacji Jezioro Orawskie i zrobić zakupy w supermarkecie. Później się trochę wróciliśmy do Orawskiej Jasenicy. Za wsią znaleźliśmy chatę góralską, w której postanowiliśmy zanocować. Szkoda tylko, że nie było siana, ale i tak było dobrze, bo nie trzeba było rozkładać namiotu i był większy komfort.

Przejechane: 70,02 km
Czas: 4h 12min
Średnia: 16,70 km/h


Dzień 7 (14 sierpnia, niedziela)

Podjazd na Pilsko - cień Wielkiego Krywania

Po napełnieniu pustych bidonów wodą w pobliskiego źródełka ruszyliśmy w górę doliny do Orawskiego Wesela. Tutaj wzięliśmy udział we mszy św. Odprawiało się podobnie jak u nas, tylko że trochę tak śmiesznie. Po nabożeństwie kontynuowaliśmy podjazd. Za wsią wjechaliśmy na zielony szlak prowadzący na Pilsko. Początkowo było bardzo stromo, więc musieliśmy głównie prowadzić rowery. Później był odcinek dość płaski, by powtórnie zmienić się w ostre podejście. Tutaj gęsto zaczęły pojawiać się zwalone drzewa. Stopniowo zwarty las zaczął ustępować kosodrzewinie z pojedynczymi świerkami, aż drzewa zupełnie zanikły. Końcowy odcinek był już bardzo plaski i w końcu osiągnęliśmy szczyt Pilska (1557 m). Podziwialiśmy stąd szczyty Małej Fatry, Beskidu Śląskiego, Żywieckiego i Małego. Słabo było widać natomiast Tatry. Ładnie prezentowała się Babia Góra. Widać było również Żywiec, a w oddali Bielsko – Białą. Granicę Słowacji przekroczyliśmy na Górze Pięciu Kopców. Tutaj też jest niezły punkt widokowy. Dalej zjeżdżaliśmy czarnym szlakiem bardzo stromą ścieżką. Mijani ludzie bardzo się dziwili, że my sobie tak tutaj rowerami jeździmy. W schronisku na Hali Miziowej uzupełniliśmy zapasy wody i puściliśmy się zielonym szlakiem w dół do Sopotni Wielkiej. Na zjeździe bardziej nam się zmęczyły ręce niż nogi, a to z konieczności ciągłego hamowania. Po długim stromym zjeździe do wsi był... długi zjazd do Sopotni Małej. Po drodze byliśmy nad Wodospadem Sopotnia na rzece Sopotnia Wielka. Dalsza droga do Żywca to kolejne zjazdy, chociaż nie brakowało również podjazdów. Na przeszkodzie w rozpędzaniu się stawał dziurawy asfalt. W Żywcu zwiedziliśmy park, widzieliśmy pałac, zamek, wstąpiliśmy do katedry. Zrobiliśmy zakupy w supermarkecie, trudności były z nabyciem chleba. Udało się jednak i pojechaliśmy drogą biegnącą prawym brzegiem Jeziora Żywieckiego utworzonego na Sole. W Tresnej byliśmy na tamie. Tutaj opuściliśmy tą bardzo ruchliwą drogę kierując się do Międzybrodzia Żywieckiego. Zaczęliśmy poszukiwać miejsca na nocleg. Do wyboru mieliśmy pole namiotowe „Kran”, albo gdzieś w lesie. Ruszyliśmy zatem w góry, które należą już do Beskidu Małego. Po krótkiej wspinaczce znaleźliśmy paśnik, w którym były jeszcze resztki siana. Paśnik był duży i przestronny, dlatego na górę wciągnęliśmy także rowery. Było to najlepsze miejsce noclegowe na wycieczce.

Przejechane: 64,69 km
Czas: 5h 33min
Średnia: 11,66 km/h


Dzień 8 (15 sierpnia, poniedziałek)

Podjechać, żeby zjechać

Tyle co wczoraj wjechaliśmy, dzisiaj musieliśmy zjechać. Dojechaliśmy do Międzybrodzia Żywieckiego, skąd rozpoczęliśmy kilkukilometrowy podjazd na Górę Żar. Droga wiła się serpentynami po stokach góry, ale i tak była dość stroma. Podobno góra ma właściwości przyciągające, polegające na tym, że pojazdy same wjeżdżają na górę. My jednak tego nie odczuliśmy, gdyż ostro musieliśmy pedałować. Podjechaliśmy 430 metrów w pionie. Ze szczytu byłyby rozległe widoki, gdyby nie było zachmurzenia, które zresztą towarzyszyło nam przez cały dzień. Widzieliśmy kolej linowo – terenową i górny zbiornik elektrowni. Nad głowami latały nam szybowce, a to ze względu na bliskość lotniska znajdującego się na zboczu góry. Po zjedzeniu batonów ruszyliśmy na dół tą samą drogą. Przy zjeździe udało mi się pobić rekord prędkości – 67,67 km/h. Przejechaliśmy most na Sole przy Jeziorze Międzybrodzkim, nad którym zrobiliśmy trochę dalej popas. W Międzybrodziu Bialskim rozpoczął się długi podjazd na Przełęcz Przegibek. Przy końcu wsi wsiedliśmy na koło kolarzowi, do którego dołączyli trzej kolejni. Byli jacyś słabi, gdyż ja wyprzedziłem ich jadąc średnim tempem, a oni nie mogli mnie dogonić, choć wyraźnie się starali. Krótki odpoczynek na przełęczy (663 m) i ostatni długi zjazd do Bielska – Białej. Zatrzymaliśmy się przy źródełku i kontynuowaliśmy zjazd. Najpierw zwiedziliśmy Białą z dwoma ładnymi rynkami i pięknie odnowionym ratuszem. Nie przeoczyliśmy również Kamienicy pod Żabami stojącej przy jednym z rynków. Po przekroczeniu rzeki Białej byliśmy już w Bielsku. Najpierw pojechaliśmy na dworzec kupić bilety na pociąg, a później dokończyliśmy zwiedzanie. Widzieliśmy Zamek Sułkowskich, Teatr Polski, trzy kościoły, w tym katedrę. Byliśmy też przed jedynym w Polsce pomnikiem Marcina Lutra. Szkoda było wsiadać do pociągu i wyjeżdżać z gór, ale jesteśmy zadowoleni, że wycieczkę udało się zrealizować bez większych nieprzyjemnych przygód. Po załadunku rowerów i bagaży zaczął padać deszcz, co już nas na szczęście nie martwiło. Po drodze mijaliśmy m.in. Pszczynę, Tychy, Katowice, Sosnowiec, Będzin, Dąbrowę Górniczą, Zawiercie, Częstochowę i Radomsko. Do Piotrkowa dojechaliśmy gdy już było ciemno. Założyłem więc kamizelkę odblaskową i ruszyliśmy do domu.

Przejechane: 63,20 km
Czas: 4h 22min
Średnia: 14,47 km/h


Podsumowanie

Przejechane: 662,20 km
Czas: 33h 19min*
Średnia: 13,66 km/h*

W tym:

woj. śląskie - 398,6 km (59,8%)
Słowacja - 155,4 km (23,3%)
woj. łódzkie - 96,2 km (14,5%)
Czechy - 16,0 km (2,4%)

* Od momentu zakupu licznika 9 sierpnia

Author: Piotrek


Powrót

kontakt e-mail:
Piotrek Paweł Anka

kontakt gg:
Piotrek (3409721)kontakt gg
Paweł (10208722)kontakt gg
Anka (4000148)kontakt gg


BikeOrient - Maraton Rowerowy na Orientację






bikeBoard - magazyn rowerowy




Airbike - więcej niż sklep rowerowy




Podróżnik.net - serwis ludzi ciekawych świata




Koło Roweru - wyprawy, turystyka, przygoda, sprzęt




Cykloid - Kalendarz Wypraw Rowerowych XXI wieku

Wrower - największy polski wortal rowerowy




CykloManiak.pl - o rowerach w Łodzi i nie tylko



Copyright © 2006-2008 BikerzyTour