Nad Adriatyk przez Alpy 16 lipca - 15 sierpnia 2008
Szlakiem bramboraków
Dzień 1 (16 lipca, środa)
Gotowi, więc możemy ruszać...
Jadąc przez znane tereny trudno sobie wyobrazić, że już za kilka dni będziemy w Alpach, a niedługo potem przemierzać chorwackie wybrzeże Adriatyku. Do Kłobucka prawie całkowicie powtarzamy trasę 300-kilometrowej wycieczki, którą odbyliśmy 2 lata temu. Do pierwszego dnia wyprawy też podchodzimy ambitnie - zrobić co najmniej 200 km, a być może przekroczyć granicę z Czechami. Szybko dochodzimy do wniosku, że jest to mało realne. Zaczynają się pierwsze problemy sprzętowe - w moim rowerze w jednym z kół pęka dętka, za jakiś czas druga. Ku naszemy zdziwieniu przyczyną są przetarte opony. Ciekawe, że przed wyjazdem tego nie zauważyłem. W Lublińcu kupuję opony, z którymi po niedługim czasie przemierzam Bory Stobrawskie.
Zamek w Toszku
Kanał Gliwicki
Neorenensasowy pałac w Pławniowicach
200 km co prawda przejechaliśmy, ale jak się okazało do granicy z Czechami brakło nam jakieś 80 km.
Przejechane: 201,71 km Czas: 9h 2min Średnia: 22,32 km/h
Dzień 2 (17 lipca, czwartek)
Dzień zaczyna się pochmurno. W nocy padało, więc musieliśmy namiot przykrywać folią. Szkoda, że wczoraj nie pojechaliśmy jeszcze kawałek, bo mielibyśmy znacznie lepszy nocleg w wielkiej ambonie. Przemierzamy tereny leśne w okolicach Kuźni Raciborskiej, które ucierpiały na skutek wielkich pożarów, jakie miały tu miejsce w 1992 r., czego następstwem jest występowanie tutaj niemal wyłącznie młodników. Przed Raciborzem zaczyna nam towarzyszyć regularny deszcz. Samo miasto nie zachwyca. Zniszczone podczas wojny, częściowo odbudowane po zniszczeniach zatraciło swój zabytkowy charakter.
Wreszcie Czechy.
Obszar pogranicza to tereny typowo rolnicze. Strona czeska odznacza się występowaniem wielkoobszarowych upraw maków. Teren staje się coraz bardziej pofałdowany. Na jednej z lokalnych przełęczy u podnóża wiatraka rozbijamy namiot. Przygotowane było nawet drzewo na ognisko, ale ze względu na padający deszcz, z trudem udaje nam się rozpalić ogień.
Przejechane: 133,17 km Czas: 6h 49min Średnia: 19,54 km/h max: 54,43 km/h
Dzień 3 (18 lipca, piątek)
Po opadnięciu porannych mgieł, pojawia się bezchmurne niebo. Podobno im bardziej na południe tym cieplej - na razie się sprawdza.
Widok na Ołomuniec ze wzgórza w Świętym Kopecku.
Tutejsze sanktuarium należy do najważniejszych w Czechach.
Kolumna Świętej Trójcy, znajdująca się na liście UNESCO to prawdopodobnie największa tego typu budowla w Środkowej Europie. Można nawet wejść do jej wnętrza.
Widok z wieży gotyckiego kościoła na rynek z ratuszem.
Zamek w Plumlovie.
Zmierzając w kierunku Brna częściowo korzystamy z miejscowych szlaków rowerowych. Przed nami Morawski Kras z charakterystycznymi wapiennymi wąwozami, zalesionymi wzgórzami i licznymi jaskiniami. Jest już późno, dlatego jaskinie udostępniane do zwiedzania są już zamknięte. Duże wrażenie robi na nas Przepaść Macochy - głęboka na 140 metrów dziura, powstała na skutek zawalenia się stropu pieczary. Na widocznym tarasie widokowym już byliśmy.
Świetny zjazd od Przepaści. Asfaltowa droga prowadzi nas wzdłuż strumienia lawirując w labiryncie wapiennych skał.
Przejechane: 139,22 km Czas: 7h 46min Średnia: 17,91 km/h max: 67,41 km/h
Dzień 4 (19 lipca, sobota)
Brno - drugie co do wielkości miasto w Czechach, niewątpliwie obfituje w zabytki. Do najbardziej znanych należy wznoszący się na wzgórzu zamek...
... oraz katedra
Wyjazd z miasta jest znacznie trudniejszy niż wjazd do niego. W dodatku nie ma za bardzo gdzie zrobić zakupów. Próbując ominąć drogę ekspresową, trafiamy pod wiadukt. Na szczęście jest ratunek; schody prosto do Tesco.
Morawy...
Architektura miasteczek z charakterystycznymi domami z dachami krytymi czerwoną dachówką, pola słoneczników, pojawiające się uprawy winnic, dają nam poczucie, że jesteśmy już "na południu".
Znojmo - bardzo pozytywne zaskoczenie. Prawie zupełnie pominięte w przewodniku, prezentuje się niezwykle efektownie. Niezliczone wąskie uliczki, przy których kolorowe kamienice sąsiadują z ciekawymi stylowo świątyniami. Położenie na zboczach doliny, którą płynie rzeka Dyja, dodaje mu tylko uroku.
Któreś z kolei bramboraki...
Przejechane: 116,76 km Czas: 6h 42min Średnia: 17,42 km/h max: 51,48 km/h
W stronę Alp
Dzień 5 (20 lipca, niedziela)
Austria...
Tego dnia po raz pierwszy ujrzeliśmy Alpy.
Krems nad Dunajem.
Doliną Wachau wzdłuż Dunaju podążamy szlakiem rowerowym. Krajobrazy niezwykle urozmaicone; górzyste stoki doliny porośnięte winnicami, wśród których co jakiś czas zza zakrętów wyłaniają się ruiny zamków.
Zabytkowe miasteczka. Tu w Durstein.
Dunaj...
To jedna z najsłynniejszych tras rowerowych w Europie. Podczas pokonywania krótkiego jej odcinka z Krems do Melku, mijamy setki turystów rowerowych, w większości z sakwami. Co ciekawe ruch rowerowy jest w Austrii bardzo skanalizowany. Poza oznakowanymi szlakami rowerowymi rzadko spotykaliśmy innych rowerzystów.
Klaszstor w Melku - jeden z największych w Europie. Niestety jest już zamknięty, gdy przyjeżdżamy. Naszą uwagę zwracaj parking na rowery z szafkami na bagaż, które można zamknąć na klucz!
Opuszczamy dolinę Dunaju, kierując się na niewysoką przełęcz. Zaczyna padać deszcz. Zmusza to nas do szybkiego znalezienia miejsca na rozbicie namiotu. Skręcamy w boczną drogę, chroniąc się pod rozłożystym bukiem. Jemy kolację, przykrywając się folią. Po chwili sytuacja staje się poważniejsza. Nadciąga burza i deszcz przybiera na sile. Jesteśmy w środku lasu i w dodatku na wzniesieniu, a grzmoty słychać coraz wyraźniej. Na szczęście burza przechodzi, ale deszcz jak padał tak pada. Trudno zasnąć, gdy krople deszczu intensywnie uderzają o namiot.
Przejechane: 121,14 km Czas: 7h 13min Średnia: 16,79 km/h max: 57,15 km/h
My się zimy nie boimy
Dzień 6 (21 lipca, poniedziałek)
Przed nami pojawiają się góry...
Coraz wyższe góry...
Przejazd przez Alpy to powtarzające się cykle - kilka godzin podjazdu, zjazd i znowu podjazd. Pokonywanie pierwszych przełęczy nie sprawia nam większych trudności. Szczerze mówiąc spodziewałem się bardziej stomych podjazdów. Ale to dopiero początek...
Zapora wodna na rzece Enns.
W Parku Narodowym Gesause spotykamy dwóch rowerzystów. Paweł rozpoznaje po sakwach, że pewnie są z Polski. Jego przypuszczenia okazują się trafne. Okazuje się również, że są z Łodzi. No tak mogliśmy poznać po strojach kolarskich z "Top Printu". Co ciekawe studiują też na tym samym wydziale co ja. W planach mają pokonanie na rowerach odcinka z Wiednia do Salzburga.
Kilkanaście kilometrów przez park narodowy to jazda krętą Drogą Gesause w bardzo wąskiej dolinie z kilkoma tunelami, które rowerem należało jednak ominąć. Po obu stronach drogi piętrzą się szare skały szczytów dochodzących do 2400 m. Trudno wyobrazić sobie, że na rowerach wjedziemy jeszcze wyżej.
Większością dolin, przez które przejeżdżamy w Austrii przebiegają ścieżki rowerowe. W zasadzie wyjątkiem są tylko bardzo wąskie doliny, gdzie miejsca na ścieżkę po prostu nie starcza.
Poszukiwanie lokum na nocleg. Sprawdziliśmy wszystkie okoliczne chatki.
Ta zaoferowała nam najlepsze warunki.
Przejechane: 147,61 km Czas: 8h 1min Średnia: 18,41 km/h max: 69,32 km/h
Dzień 7 (22 lipca, wtorek)
W nocy padało. Dach w chatce okazał się jednak trochę nieszczelny. Rano pochmurno, ale z szansami na przejaśnienia.
Nic z tego, do końca dnia całkowite zachmurzenie i co jakiś czas padający deszcz.
Nocleg w chacie pasterskiej z sianem.
Przejechane: 103,32 km Czas: 6h Średnia: 17,22 km/h max: 42,97 km/h
Dzień 8 (23 lipca, środa)
Dzisiaj pogoda jest jeszcze gorsza. Od rana pada i to dość intensywnie. Niezbyt ciekawa perspektywa, tym bardziej, że być może jeszcze dzisiaj zaczniemy podjazd na Hochtor.
Johnsbach - podobno można tu zwiedzić jakieś wodospady. Drogowskazy szybko doprowadzają nas pod wejście do atrakcji, które oczywiście jest płatne. Kosztuje to nas przeskoczenie barierki. Trasa zwiedzania wytyczona została w głębokim wąwozie, po którego zboczach spływały liczne wodospady.
Jeden z większych wodospadów.
Zatrzymujemy się w jednym z kościołów. Znowu pada. Paweł ma wyraźny kryzys i prawie usypia w ławce. Niesprzyjające warunki pozwoliły nam dojechać tylko do miejscowości Fusch. Nocleg tradycyjnie już w takim miejscu...
Przejechane: 69,22 km Czas: 4h 11min Średnia: 16,58 km/h max: 51,95 km/h
Dzień 9 (24 lipca, czwartek)
Przed nami jedna z najwyższych przełęczy w Alpach, przez którą wiedzie jedna z najsłynniejszych tras widokowych w Europie - Grossglockner Hochalpenstrasse. Do pokonania mamy ponad 20 km podjazdu, ok. 1500 m w pionie i liczne serpentyny.
!?!
Warto wspomnieć, że przejazd tą drogą zarówno dla samochodów jak i motorów jest płatny. Mimo, że przejazd rowerem jest bezpłatny, mijamy pojedynczych rowerzystów. Ciekawe dlaczego... Droga ma dość równomierne nachylenie przez co można się wczuć w rytm jazdy.
Wchodzimy do sklepu z pamiątkami, żeby się trochę ogrzać. Jest niemiłosiernie zimno co potęguje przenikliwy wiatr.
Tu pracują świstaki.
Tylko spróbuj!
Krótki zjazd i podjazd, w końcu osiągamy Hochtor - 2504 m. Podobno są stąd super widoki. Podobno...
Zjazd to już sama przyjemność. Im niżej tym chmur na niebie coraz mniej, a mgła zupełnie znika. Robi się całkiem ciepło.
Trudno jednak jest osiągnąć jakąś imponującą szybkość. Odcinki między serpentynami są zbyt krótkie, a nachylenie drogi również do tego niewystarczające. Nie udaje nam się przekroczyć 80 km/h.
Robimy krótki odpoczynek na posiłek i... znowu podjeżdżamy. Chcemy dojechać do podnóża Grossglocknera - najwyższego szczytu Austrii (3798 m).
Oto on...
Wody z topniejącego lodowca.
Chyba dawno nie była u fryzjera...
Lodowiec Pasterze - największy we Wschodnich Alpach.
Na punkcie widokowym na Grossglockner i lodowiec tłumy turystów - autokary wypełnione głównie niemieckimi emerytami i duża liczba samochodów osobowych, dla których wybudowano kilkupoziomowy parking. Największą grupę turystów indywidualnych stanowią tu chyba Holendrzy.
Te mrówki to ludzie spacerujący po czole lodowca. Zastanawiamy się, czy również tam nie zejść, ale ostatecznie rezygnujemy. Może we Włoszech będziemy chodzić po lodowcu.
Dłuuugi zjazd...
Super pogoda; wreszcie można się umyć i ogolić.
Takie góry będą nam towarzyszyć przez najbliższe kilka dni.
Miejsca na nocleg szukaliśmy koło miejscowości Winklern, ale z powodu braku dobrego miejsca pokonaliśmy jeszcze przełęcz (1204 m) i zanocowaliśmy w zabudowanym terenie, gdzie z trudem znaleźliśmy jakąś ustronną łąkę. Było ciepło, więc nie rozbijaliśmy nawet namiotu.
Przejechane: 98,31 km Czas: 7h 42min Średnia: 12,75 km/h max: 76,30 km/h
Na Marmoladę w spd-ach
Dzień 10 (25 lipca, piątek)
Jesteśmy już niedaleko granicy z Włochami. Niedaleko Lienz natrafiamy na atrakcję w postaci wodospadów. Wstęp oczywiście płatny, jednak wejście jest jeszcze zamknięte. Zostawiamy więc rowery i wybieramy drogę przez rwący potok. Jakoś udaje nam się do niego nie wpaść.
Do granicy jedziemy wygodną ścieżką rowerową. Z przeciwnej strony mijają nas rzesze włoskich rowerzystów. Granicy praktycznie nie zauważamy. W Toblach chcemy zrobić zakupy, ale okazuje się, że wszystkie są zamknięte z powodu popołudniowej przerwy. Wybieramy więc restaurację...
Już w Dolomitach.
Do Cortiny jedziemy świetną szutrową drogą dla rowerów. Deniwelacje są niewielkie, gdyż ścieżkę tą utworzono na dawnym torowisku kolejowym.
Po drodze przejeżdżamy przez kilka tuneli. Jak widać dostosowane do wielkości pociągów.
To był jednak jeden z nielicznych odcinków, które pokonaliśmy po ścieżce rowerowej. Pod tym względem Austria wypada znacznie lepiej, a należy również zaznaczyć, że ruch samochodowy na głównych drogach we Włoszech jest znacznie większy.
Charakterystyczne dla Dolomitów skały dolomitowe...
Dojeżdżamy do pięknie położonej Cortiny. To w tej miejscowości odbyły się zimowe igrzyska olimpijskie w 1956 roku. Trochę się błąkamy po mieście poszukując sklepu. W końcu jakiś znajdujemy, ale dlaczego tutaj wszystkie sery i wędliny są spleśniałe?
Zastanawiam się czy możliwe jest jeszcze dzisiaj dotarcie do podnóża Marmolady; odległość na mapie jest wydaje się niewielka. Tylko, że do pokonania są dwie przełęcze powyżej 2000 m. Jak się później okaże, jutrzejszy dzień ledwo nam na to starczył. Kapeć w moim rowerze utwierdza nas w przekonaniu, że to miejsce na nocleg (na zdjęciu poniżej) będzie odpowiednie. Domek jest co prawda zamknięty, ale jest zadaszenie, pod którym rozkładamy śpiwory.
Przejechane: 108,06 km Czas: 6h 58min Średnia: 15,49 km/h max: 58,84 km/h
Dzień 11 (26 lipca, sobota)
Rano pogoda całkiem dobra. Później jest coraz gorzej.
Na Passo di Giau (2233 m). Tutaj spędziliśmy ok. 2 godzin czekając aż przestanie padać.
Po zjeździe. Tutaj kolejne postoje. Właściwie to dzisiaj więcej siedzimy niż jedziemy. Powoli zaczynam wątpić w to, że uda nam się jutro wyjść w góry; zwłaszcza jeżeli taka pogoda się utrzyma.
Przy sklepie z pamiątkami zaczepił mnie pewien stwór...
Teraz jeszcze kilka kilometrów do leżącej u podnóża Marmolady Passo di Fedaia (2057 m). Początkowo mało stromo, dopiero w pobliżu przełęczy zaczynają się serpentyny. Droga ta znana jest z wyścigu Giro d'Italia, o czym wnioskujemy po licznych napisach na asfalcie.
Jesteśmy na przełęczy, gdzie utworzono jezioro zaporowe - Lago di Fedaia. Co robić; zjeżdżać i zrezygnować z wejścia na szczyt, czy poszukać noclegu na miejscu. Pytamy o noclegi w pobliskim hotelu - 35 euro ze śniadaniem. Drogo. W pobliskim schronisku cena jest trochę niższa, ale bez śniadania. Trudno nam się zdecydować i postanawiamy poszukać jakiegoś miejsca na nocleg przy zjeździe. 4 km i żadnej dobrej miejscówki. No to wracamy. Właścicielka hotelu jest zaskoczona, że jednak się decydujemy na nocleg. Wreszcie to na co czekaliśmy od dłuższego czasu - kąpiel i... herbata, której nie zliczę ile kubków wypiliśmy.
Przejechane: 53,68 km Czas: 5h 11min Średnia: 10,35 km/h max: 61,62 km/h
Dzień 12 (27 lipca, niedziela)
No i poszliśmy...
Nie korzystamy z udogodnienia w postaci kolejki, która sporo skróciłaby nam trasę. Od górnej stacji kolejki wybieramy okrężną drogę. Bez raków i czekana trudno byłoby przejść przez ten lodowiec.
Szybko gubimy szlak, którego oznaczenie od początku pozostawiało wiele do życzenia. Okazuje się, że weszliśmy zbyt wysoko. Nie chce nam się wracać, dlatego wybieramy wariant na skróty, próbując przedostać się przez stromą ścianę skał. Podłoże jest śliskie ze względu na padającą mżawkę. Ostatecznie jednak rezygnujemy ze względu na ryzyko odpadnięcia od skał. Wracamy. Paweł niemal do górnej stacji kolejki, ja próbuję kolejnego skrótu. Zejście nie jest bardzo strome, ale na tyle, że muszę się po nim zsuwać. Odnajduję szlak, po chwili nadchodzi Paweł.
Odcinek po lodowcu. Pokryty jest śniegiem, dlatego przejście nie sprawia nam większych trudności.
Dochodzimy do przełęczy, gdzie zaczyna się via ferrata. Sprzęt niezbędny do via ferrat to uprząż wspinaczkowa i lonża z absorberem energii. Zaleca się używanie również kasku. Z wymienionych rzeczy mam tylko kask. Paweł nie dość, że nie ma żadnego sprzętu, nie ma również odpowiednich butów. Ma na sobie spd-y. Ja chociaż mam buty górskie.
W końcu docieramy na szczyt (3343 m), gdzie znajduje się bar w prowizorycznym budynku. Pracownikowi knajpy trudno uwierzyć, że Paweł wszedł tutaj w takich butach. Zamawiamy po kawie chyba po 4 euro, która starcza na trzy łyki. Paweł jest bardzo osłabiony i przestaje myśleć racjonalnie. Chce zjeżdżać stąd kolejką. Kawa jednak stawia nas na nogi i zaczynamy zejście tą samą drogą co wchodziliśmy.
Tego nawisu nie widziałem jak szedłem w tamtą stronę...
Gęsta mgła nagle znika i naszym oczom ukazują się rozległe widoki.
Paweł schodzi bardzo powoli, zajmuje mu to dwa razy więcej czasu niż mi.
Woda z wodospadu spływająca pod lodowiec.
Jak na nartach...
Tu nocowaliśmy. Odbieramy rowery. Przed nami... kilkadziesiąt kilometrów zjazdu. Jednak już nie dzisiaj. Nocujemy w napotkanej chatce z sianem. Paweł nie może spać, bo go dopadły pchły.
Przejechane: 24,83 km Czas: 1h 3min Średnia: 23,49 km/h max: 57,15 km/h
Dzień 13 (28 lipca, poniedziałek)
Po wczorajszym trekingu sił do jazdy jakby trochę mniej. Prawie nie odczuwamy, że jest z górki.
Skocznia w Predazzo w Val di Fiemme.
Taki rodzaj zagospodarowania to standard przy drodze, którą jechaliśmy.
Jedna z miejscowości po przeciwnej stronie doliny.
Tarasowo położone winnice. Jazda drogą trawersującą zbocze to jeden z ciekawszych odcinków, które pokonaliśmy we Włoszech.
Egzotyczna roślinność, drażniące granie cykad daje nam do zrozumienia, że znaleźliśmy się w innej strefie klimatycznej - podzwrotnikowej. Robi się też wyraźnie cieplej za sprawą znacznego obniżenia wysokości i napływu ciepłego powietrza z południa.
Z Lavis przez Trydent do Mori ścieżką rowerową wzdłuż Adygi. Po drodze mijamy setki rowerzystów, głównie szosowców. Nocujemy w obniżeniu kilka kilometrów od Jeziora Garda.
Przejechane: 134,17 km Czas: 6h 45min Średnia: 19,85 km/h max: 54,95 km/h
Dzień 14 (29 lipca, wtorek)
Lago di Garda - jeden z głównych punktów naszej wyprawy.
Przejeżdżamy wschodnim wybrzeżem jeziora; początkowo z bardzo stromymi brzegami, które w miarę przesuwania się na południe zmieniają się w coraz niższe wzniesienia.
Niemal wszystkie miejscowości wybrzeża są okupowane przez turystów, którzy szczelnie wypełniają wąskie plaże. Ścieżki wybudowano tu tylko na krótkich odcinkach.
Prawie jak u Carringtonów...
Trochę czasu poświęcamy jeszcze na kąpiel w jeziorze. Dziwne uczucie wejść do wody i nie trząść się z zimna.
Werona - romańska bazylika.
Fragment rzymskiej Areny z I w. - trzecia co do wielkości zachowana budowla tego typu.
Dom Julii ze słynnym balkonem. Podobno ta opowieść o Romeo i Julii jest całkowicie zmyślona, ale nie jest to przeszkodą, by nie ściągały w to miejsce tłumy turystów.
Przejechane: 109,20 km Czas: 6h 18min Średnia: 17,32 km/h max: 54,43 km/h
Dzień 15 (30 lipca, środa)
Tu nocowaliśmy.
Kolejne duże miasto na Nizinie Padańskiej - Vicenza, pomimo zabytkowej starówki, nie zachwyca. Zresztą wszystkie większe miasta we Włoszech, które odwiedziliśmy są dość uciążliwe do zwiedzania; duży ruch samochodowy i raczej trudne w orientacji bez dobrej mapy. Pod Vecenzą natrafiamy na słynną Willę Rotonda. Zaprojektowana przez Palladia, stała się pierwowzorem wielu klasycystycznych budowli.
Nieznośny upał, ale nie narzekamy, wreszcie jest gorąco.
Na to drzewo raczej trudno byłoby wejść.
Docieramy do Padwy. To drugie pod względem wieku miasto uniwersyteckie we Włoszech znane jest przede wszystkim z działalności św. Antoniego. Zanim zwiedziliśmy główną świątynię miasta, trafiamy na Prato della Valle, przy której góruje Basilica di Santa Giustina.
Tramwaj na jednej szynie...
Bazylika św. Antoniego; postawiona na grobie tego średniowiecznego kaznodziei stanowi cel pielgrzymek wiernych z całego świata. Jednak forma zwiedzania budzi mieszane uczucia. Na każdym kroku stoją strażnicy czuwający nad rzeszami przewijających się przez świątynię ludźmi. Nie jest to raczej najlepsze miejsce na modlitwę i wyciszenie.
Jeszcze pamiątkowe zdjęcie przed bazyliką.
...i ruszamy w stronę Wenecji. Do miasta jednak dzisiaj nie dojeżdżamy. Postanawiamy zanocować w polu kukurydzy i zwiedzanie Wenecji rozpoczniemy jutro rano.
Przejechane: 115,43 km Czas: 5h 55min Średnia: 19,52 km/h max: 40,82 km/h
Dzień 16 (31 lipca, czwartek)
To rano okazuje się jednak zbyt wcześnie. Przed 4 budzi nas burza. Bez dłuższego zastanawiania składamy obozowisko, chyba w rekordowym tempie i jedziemy już w deszczu, szukając jakiegoś schronienia. Po chwili deszcz i burza ustają.
Laguna Wenecka.
Docieramy do Wenecji. Szybko stwierdzamy, że miasta na rowerach raczej nie ma sensu zwiedzać. Trochę taszczymy je przez mostki przerzucone nad kanałami, przeciskając się przez gęstniejący tłum. Na dworcu znajduję przechowalnię bagażu. Całe szczęście, bo chyba tłumy turystów by nas zaszlachtowały.
Cmentarz na wyspie...
Plac św. Marka, które podczas wezbrań często znajduje się pod wodą to prawdziwe cetrum miasta. W głębi jedne z najbardziej charakterystycznych budowli Wenecji - Bazylika św. Marka oraz Kampanila. Rezygnujemy ze zwiedzania wnętrza świątyni, ze względu na długie kolejki przed wejściem.
No i oczywiście gondole...
W głębi najsłynniejszy most wenecki - Ponte di Rialto.
Canal Grande - główna arteria komunikacyjna miasta.
Weneckie maski - jeszcze jeden z wyróżników miasta.
Chodzenie jednak bardzo męczy. Duża to przyjemność po prawie 6 godzinach znowu wsiąść na rower. Podążając na wschód, jedziemy wzdłuż wybrzeża adriatyckiego, jednak w znacznej od niego odległości. Krajobraz mało atrakcyjny. Zupełnie płaski teren i mijamy przeważnie tylko pola. Ciekawostką są wielkie ronda, których obwód często przekracza killometr, a wewnątrz nich znajdują się uprawy. Znowu przyczyniamy się spadku wydajności włoskiego rolnictwa. Namiot rozbijamy w polu kukurydzy. Żeby tylko w nocy nie przejechała nas któraś z deszczowni pracujących na tym polu. Sporo dzisiaj przejechaliśmy, pomimo kilkugodzinnego zwiedzania Wenecji. Na licznikach mamy ponad 100 km.
Przejechane: 102,33 km Czas: 5h 4min Średnia: 20,19 km/h max: 38,15 km/h
W stronę słońca
Dzień 17 (1 sierpnia, piątek)
Początek dnia mało ciekawy. Jedziemy dość szybko, bo nie możemy doczekać się widoku Adriatyku...
...i kąpieli w nim. Po raz pierwszy widzimy makię, która będzie towarzyszyć nam przez kilka kolejnych dni.
Triest - dość ciekawe centrum z dużymi placami wychodzącymi nad samo wybrzeże. Gdy zatrzymujemy się przy wodopoju, pewien dziennikarz robi mi zdjęcie do miejscowej gazety.
Duża liczba motorów to niewątpliwie jeden z charakterystycznych elementów włoskich miast.
Po małych problemach z wyjazdem z miasta, przekraczamy granicę ze Słowenią. To co od razu nam się spodobało w tym kraju to liczne ścieżki rowerowe. Nocleg w winnicach.
Przejechane: 121,42 km Czas: 6h 10min Średnia: 19,71 km/h max: 48,98 km/h
Dzień 18 (2 sierpnia, sobota)
Piran - jedno z kilku miast nad Adriatykiem w Słowenii, niewątpliwie prezentuje się najbardziej okazale.
Podobno Piran to miasto kotów. Spotkaliśmy tylko jednego. Trochę się go naganiałem, ale zdjęcia i tak nie udało mi się zrobić.
Rozległe solniska tuż przy granicy z Chorwacją.
Przejechane: 81,59 km Czas: 5h 44min Średnia: 14,22 km/h max: 50,13 km/h
Dzień 19 (3 sierpnia, niedziela)
Dzisiaj zwiedzamy jeszcze Umag i Novigrad należące już do Chorwacji. Nocujemy w makii.
Porec to dawne rzymskie miasto, czego dowodem jest kilka zabytków, które zachowało się z tego okresu. Znajduje się tutaj również bazylika Eufrazjusza - ponoć najwspanialszy zabytek sztuki bizantyjskiej w Europie. Miasto niewątpliwie z klimatem.
Z Vsaru postanawiamy pojechać wzdłuż Limskiego Kanału szlakiem rowerowym. Liczyliśmy na widokową trasę, jednak panoramę wrzynającej się w ląd zatoki zobaczyliśmy dopiero po dotarciu do głównej drogi.
Turystyka rowerowa nie jest w Chorwacji dobrze rozwinięta. Rowerzystów jest niewielu, z reguły są to osoby, które pokonują krótkie odległości z miejsca swojego zakwaterowania na plażę. Praktycznie brak długodystansowych szlaków rowerowych. Istniejące trasy zazwyczaj są krótkie, mające kształt pętli, która rozpoczyna się i kończy w miejscowości atrakcyjnej turystycznie. Co ciekawe podczas naszego kilkudniowego pobytu w Chorwacji nie widzieliśmy ani jednego rowerzysty z sakwami! Bierny wypoczynek zdecydowanie tu dominuje.
Rovinj...
Chyba najciekawsze miasto na Istrii. Niezapomniane labirynty wąskich uliczek.
Kolejny z nielicznych odcinków w terenie. Nareszcie! Niestety przejeżdżające samochody wzniecają tumany kurzu. Przemierzając Chorwację rzadko udawało nam się znaleźć jakieś alternatywne drogi w stosunku do głównej, biegnącej wzdłuż wybrzeża. Gęste lasy i kolczasta makia sprawiają, że duże obszary wnętrza półwyspu, na których one występują są praktycznie niedostępne dla człowieka.
Mijamy ośrodki wypoczynkowe i pola kempingowe ciągnące się kilometrami wzdłuż wybrzeża i zagradzające drogę nad samym brzegiem morza. Znajdujemy w miarę ustronną plażę, gdzie rozważamy nocleg na skałach.
Rezygnujemy jednak, m.in. ze względu na grasujące tu kraby i skorpiony. Namiot rozbijamy koło tablicy, która zabrania biwakowania w tym miejscu.
Przejechane: 82,39 km Czas: 5h 36min Średnia: 14,71 km/h max: 52,92 km/h
Dzień 20 (4 sierpnia, poniedziałek)
Mam wrażenie, że przez dwa ostatnie dni stoimy praktycznie w miejscu, dlatego dzisiaj postanowiliśmy wstać wcześniej. Rano nie jest chociaż tak gorąco, jak to było ostatnio. Jadąc gruntowymi drogami, nie skręcamy w tą, która zaprowadziłaby nas nad wybrzeże. Szkoda, bo wzdłuż wybrzeża droga byłaby ciekawsza. A tak do Puli jedziemy w znacznym oddaleniu od morza, mijając mało atrakcyjny krajobraz.
Pula to kolejne miasto o starożytnym rodowodzie. Z tego okresu widzieliśmy m.in. amfiteatr z I w. ...
...Łuk Triumfalny Sergiusza...
...oraz Świątynię Augustyna z tego samego wieku.
Pomimo ciekawych zabytków, samo miasto nie wywołuje zachwytu. Ma się wrażenie, że zabytkowe centrum jest przytłoczone przez wciąż rozwijającą się pozostałą część miasta. Ale nie ma się co dziwić. Licząca ponad 80 tys. mieszkańców miejscowość jest stolicą Istrii. Jak na warunki chorwackiego wybrzeża jest to duże miasto.
Zmieniamy kierunek na północny. Wschodnie wybrzeże Istrii nie jest już tak atrakcyjne jak zachodnie, szczególnie dotyczy to odcinka z Puli do Labin. W Labin nie ma co prawda jakichś szczególnych zabytków, jednak samo położenie na dość wysokim wzgórzu zachęca nas do wjechania do samego centrum. Dostajemy nawet oklaski od przechodniów po tym jak wjeżdżamy rowerami stromą uliczką pod górę po schodach.
Jeden z najciekawszych widokowo odcinków na wyprawie. Począwszy od zatoki koło Plomin do Lovranu droga trawersuje zbocza gór tuż nad samym morzem.
Zatrzymujemy się na odpoczynek w jednym z kurortów, gdzie ponoć jest ładna żwirowa plaża. W rzeczywistości zbudowana jest z kamyczków.
Tradycyjna już codzienna kąpiel w Adriatyku i jedzenie lubenicy.
Jedna z niezliczonych willi Opatij.
Nocujemy w lesie, już w Rijece.
Przejechane: 141,43 km Czas: 7h 59min Średnia: 17,70 km/h max: 52,43 km/h
Dzień 21 (5 sierpnia, wtorek)
Rano zwiedzamy miasto. Nieliczne zabytki dysharmonizują z nowszą zabudową. To trzecie co do wielkości miasto Chorwacji, jest jednocześnie jego największym portem. Nie podoba nam się, dlatego dość szybko je opuszczamy.
Nie możemy się już doczekać wjazdu na Krk - największą wyspę na Adriatyku. Przejeżdżamy przez most o długości 1300 m. Gdy wybudowano go w 1981 roku był najdłuższym mostem na świecie. Dostajemy wytyczne, że powinniśmy jechać chodnikiem. Nie byłoby problemy, gdyby po jakiś 300 metrach nie był przegrodzony barierką...
Na dłużej zatrzymujemy się w Krk; głównej miejscowości wyspy. Korzystamy z wypoczynku na jednej z kamienistych plaż.
Charakterystyczna barwa ziemii dla obszaru śródziemnomorskiego.
A to jest... kościół z IX wieku.
Gdy wracaliśmy tą drogą następnego dnia Paweł wyciągnął na niej 80 km/h.
Wyspa Prvić.
Dojeżdżamy do Baśki, skąd zamierzamy przepłynąć promem na wyspę Rab. Dowiadujemy się jednak, że promy nie pływają już z tej miejscowości, a jedyna możliwość dostania się na Rab to przepłynięcie promem z miejscowości Valbiska. Fajnie, to ponad 30 km, w tym większość to droga do Krk, skąd przed chwilą przyjechaliśmy. Robi się już ciemno, zaczynamy więc powrót. Rozbijamy namiot na ogrodzonej łące. Jutro zdecydujemy, czy płyniemy na Rab, czy skracamy trasę i kierujemy się prosto do Zagrzebia.
Przejechane: 106,68 km Czas: 6h 39min Średnia: 16,02 km/h max: 53,41 km/h
Dzień 22 (6 sierpnia, środa)
Jednak jedziemy na prom.
Może tak z rozpędu...
Valbiska - prom już czeka
Fajna odmiana od ciągłej jazdy rowerem.
Dobijamy do portu w Lopar. To co od razu uderza to intensywny zapach różnego rodzaju ziół i innych roślin. Kąpiel w morzu, krótki odpoczynek i ruszamy dalej.
Rab - spokojna miejscowość bez tłumów turystów z niezapomnianymi widokami...
Południowa część wyspy jest niemal pozbawiona roślinności.
Znowu do promu.
Krótką odległość dzielącą nas od stałego lądu pokonujemy w niespełna 20 minut. Co ciekawe teraz nie płacimy za rowery jak poprzednio.
Wąską drogą mozolnie podjeżdżamy na Velebit, będący częścią Gór Dynarskich.
Wyspa Rab.
Osiągamy znaczną wysokość, jednak mamy problemy ze znalezieniem podłoża pozbawionego skał, na którym moglibyśmy rozłożyć śpiwory. Dodatkowo wieje nieprzeciętnie.
Przejechane: 75,51 km Czas: 5h 19min Średnia: 14,20 km/h max: 72,75 km/h
Ślady wojny
Dzień 23 (7 sierpnia, czwartek)
Wjazd w Góry Dynarskie to diametralna zmiana w stosunku do tego, co przyzwyczailiśmy się oglądać przez minione kilka dni. Mijamy tereny prawie bezludne, zupełny brak turystów, na drogach znikomy ruch samochodowy.
Jeszcze raz widok na wyspę Rab.
W schronisku Alan uzupełniamy zapasy wody. Właściciel namawia nas do odwiedzenia w drodze do Jezior Plitwickich sierocińca dla niedźwiedzi w Kuterevie.
W pobliżu przełęczy Alan (1414 m)
Przygotowywanie spaghetti na ognisku...
Postanawiamy odwiedzić niedźwiedzie skoro to taka duża atrakcja, zbaczając z głównej drogi. Z zasłyszanych 2 km, które powinniśmy pokonać, aby je zobaczyć, zrobiło się ponad 5. Po dojechaniu na miejsce pytamy o zwiedzanie. Okazuje się, że wstęp jest płatny po ok. 10 zł od osoby. Próbuję się jeszcze coś dowiedzieć po niemiecku od dziewczyny, która obsługuje odwiedzających, ale rezygnyję, po tym gdy próbuje nas przekonać, że mówi po niemiecku, kilkakrotnie powtarzając "sprechen deutsch". Przechodzimy jakieś 100 metrów i to by było na tyle. Okazuje się, że do obejrzenia jest tu tylko jeden niedźwiedź. Co więcej nie możemy go zobaczyć, bo akurat śpi w pomieszczeniu. Dziękujemy za zwiedzanie i w pobliżu zatrzymujemy się w jeszcze jednym miejscu, gdzie udaje nam się zobaczyć dwa małe niedźwiadki; tym razem to za darmo. Opiekę nad nimi sprawują wolontariusze, przyjeżdżający tu z różnych stron świata. Dziwią się, że przyjechaliśmy tu aż z Polski. Ale mieli tu kiedyś znacznie bardziej niezwykłego
przybysza; gościa, który przemierzał Europę na osiołku.
Wjeżdżamy na obszar, gdzie w latach 1991-95 toczyły się walki o niepodległość Chorwacji. Pamięć o poległych w wojnie jest tu nadal bardzo żywa.
Przy wjeździe do każdej miejscowości znajdują się tu tablice z mapami, na których zaznaczono obszary zaminowane.
Oddalając się od wybrzeża w kierunku wschodnim, mijane góry były coraz niższe.
Nie wiem jak to się stało, ale nie zauważyliśmy drogi, w którą zamierzaliśmy skręcić żeby dojechać do Jezior Plitwickich. Nadrobiliśmy przez to chyba kilkanaście kilometrów. Nocleg na łące. Chyba nie była zaminowana...
Przejechane: 119,40 km Czas: 7h 23min Średnia: 16,17 km/h max: 57,80 km/h
Dzień 24 (8 sierpnia, piątek)
Dojeżdżamy do drogi, w którą wczoraj powinniśmy skręcić. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Tędy podczas niedawnej wojny przechodziła linia frontu. Jej ślady widać chociażby na drodze, którą jechaliśmy.
Kolejny ślad wojny to zniszczone domy...
Dojeżdżamy do słynnych jezior. Oczekiwania mamy duże; w końcu to jedna, jeżeli nie największa atrakcja turystyczna Chorwacji i jedno z najczęściej odwiedzanych chronionych obszarów w Europie. Za zwiedzanie nie zamierzamy płacić, jak się okazuje ponad 50 zł za osobę. Zresztą nie mamy tyle pieniędzy. Wystarczy przeskoczyć niski płot.
Wędrówkę urozmaicają krótkie rejsy takimi stateczkami:
Krystalicznie czysta woda...
Główną atrakcją jest tu kilkanaście jezior, położonych na różnych wysokościach, dzięki czemu przepływ wody z wyższych do niższych tworzy malownicze wodospady. Suma ich wysokości to ponad 130 metrów.
Ale pusto...
Ale tylko przez chwilę. Niestety nie ma co liczyć na samotne zwiedzanie, zwłaszcza przy dobrej pogodzie. Spacer tutaj w najlepszym przypadku wygląda jak na Piotrkowskiej. Spotkać można wielu Polaków i liczne grupy wycieczkowe, skutecznie blokujące wąskie ścieżki.
A tak to wygląda z góry...
Chyba pora wracać do domu. Obieramy kierunek północny. Jedziemy wzdłuż granicy z Bośnią i Hercegowiną. Ślady wojny są tu szczególnie dobrze widoczne. Niektóre miejscowości zostały niemal całkowicie zniszczone i po wojnie opuszczone. Postanawiamy przejechać krótki odcinek trasy po Bośni i Hercegowinie. Paweł proponuje nielegalnie przekroczenie granicy w miejscu, gdzie stoją takie znaki...
Na najbliższym przejściu granicznym strażnik nas jednak nie wpuszcza do swojego kraju, kierując nas do międzynarodowego przejścia w Velikiej Kladusy. Tam właśnie chcieliśmy z powrotem wjechać do Chorwacji. Rezygnujemy więc.
Nagle zbierają się gęste chmury i momentalnie zaczyna się burza. Chronimy się pod dachem budynku w jakiejś miejscowości. Jego właściciel otwiera nam drzwi, żebyśmy mogli się schronić we wnętrzu. Wraz z rodziną mieszka w nowym domu. Ten został spalony podczas wojny. Kolejną niespodzianką jest grad. Nasi dobroczyńcy zabezpieczają swój samochód...
Kto wie jakiego drzewa to jest owoc?
Zaczyna się ściemniać. Postanawiamy poszukać noclegu u gospodarza. Zapytani ludzie zgadzają się, żebyśmy zanocowali w ich szopie. Paweł spostrzega, że zgubił gdzieś po drodze namiot. Wraca się robiąc dodatkowe kilkanaście kilometrów, jednak go nie znajduje. Przynajmniej będzie miał teraz lżej. Od gospodarza dostajemy pomidory. Mam okazję naładować komórkę. Zapach cebuli jest do wytrzymania. Lepsze to niż moknięcie pod gołym niebem, bo akurat zaczyna padać.
Przejechane: 101,05 km Czas: 5h 23min Średnia: 18,74 km/h max: 61,62 km/h
Dzień 25 (9 sierpnia, sobota)
Pakowanie i w drogę.
Wiele opuszczonych budynków jest wykorzystywanych na cele gospodarcze...
Modliszka...
Wzgórza Medvednica. U podnóży Zagrzeb.
Pomnik bana Josipa Jelacica; jednego z bohaterów narodowych Chorwacji.
Portal katedry.
Na dachu kościoła św. Marka uwieczniono herb Chorwacji i Zagrzebia.
W sumie dość interesujące miasto. Ciekawe jest jego położenie u podnóża góry Sljeme (1035 m), którą decydujemy się zdobyć. Wybieramy jednokierunkową drogę, jadąc pod prąd. Gdy zaczynaliśmy podjazd była już dość późna pora, jednak ku naszemy zdziwieniu zdołaliśmy wjechać na szczyt.
Zagrzeb widziany z góry.
Nocujemy na północnym stoku przy lesie. Gotujemy spaghetti.
Przejechane: 126,89 km Czas: 7h 41min Średnia: 16,52 km/h max: 51,48 km/h
Nadgranicznym szlakiem
Dzień 26 (10 sierpnia, niedziela)
Drzewa jest pod dostatkiem, więc rano również rozpalamy ognisko.
Zaczynamy od szybkiego zjazdu z góry. Dojeżdżamy do największego w Chorwacji sanktuarium Marija Bistrica. Nazywane jest chorwacką Częstochową, jednak w rzeczywistości jest znacznie mniejsze.
Varazdin - spokojne miasto już w pobliżu granicy ze Słowenią. Cetrum posiada wiele zabytków, wśród których dominuje styl barokowy. Przez krótki okres w historii Varazdin był nawet stolicą Chorwacji.
Kilkukilometrowy przejazd przez Słowenię.
Po przekroczeniu granicy z Węgrami, krajobraz staje się niemal zupełnie płaski. Śpimy w lesie na ambonie.
Przejechane: 155,78 km Czas: 6h 55min Średnia: 22,50 km/h max: 60,48 km/h
Dzień 27 (11 sierpnia, poniedziałek)
Przed Kormend rozdzielamy się i mamy problemy ze znalezieniem siebie. Lepiej może nie będę pisał czyja to była wina.
W maleńkiej miejscowości Jak zwiedzamy XIII-wieczny kościół, będący jednym z najważniejszych zabytków romańskich na Węgrzech. Świątynia robi duże wrażenie, przede wszystkim dlatego, że jest niemal czysta stylowo.
Misternie zdobiony portal.
Kilka kilometrów i jesteśmy w Szombathely. Miasto nas nie zachwyca. Dostajemy reprymendę od miejscowych strażników miejskich za jazdę rowerami po deptaku.
Koszeg - kolejne miasto, leżące już przy granicy z Austrią. Pomimo, że mniejsze, zachowało wiele z klimatu minionych wieków.
Znowu jesteśmy w Austrii. Przejeżdżamy przez tereny intensywnego rozwoju rolnictwa. W pobliżu granicy z Węgrami zaczynają się uprawy winnic. Postanawiamy w nich zanocować przy budynku gospodarczym. W nocy toczymy ciężkie boje z komarami. Zabijam kilkadziesiąt owadów, ale nic to nie pomaga. Zawinąć się całkowicie w śpiwór lub przykryć ubraniami też nie jest sposób, bo jest zbyt gorąco.
Przejechane: 129,15 km Czas: 6h 41min Średnia: 19,32 km/h max: 59,38 km/h
Dzień 28 (12 sierpnia, wtorek)
Jakoś przeżyliśmy noc. Szkoda, że wczoraj nie pojechaliśmy kilkaset metrów dalej. Mogliśmy zanocować w nieużytkowanej już budce strażniczej. Byłby to nasz pierwszy nocleg na granicy państw.
Jesteśmy w Sopron. Swoją przynależność do Węgier miasto zawdzięcza plebiscytowi przeprowadzonemu wśród jego mieszkańców po I wojnie światowej. Podobno jest tu najwięcej średniowiecznych zabytków ze wszystkich miejscowości na Węgrzech.
Granicę z Austrią przekraczamy jadąc ścieżką rowerową prowadzącą wokół Jeziora Nezyderskiego. Jest to największe jezioro bezodpływowe w Europie. To także jeden z najlepszych akwenów wodnych do uprawianiu windsurfingu, głównie ze względu na małą głębokość zbiornika i mocny, wiejący niemal bezustannie wiatr. Jedziemy wschodnim wybrzeżem jeziora, jednak w znacznej odległości od niego, gdyż nad samym brzegiem nie przebiega żadna droga. Nad wodę można dostać się kilkoma drogami dojazdowymi, prowadzącymi wśród trzcin.
Rust słynie z gniazdowania wielu rodzin bocianich.
Mieszkańcy potrafia wykorzystać ten atut, proponując turystom m.in. okolicznościowe pamiątki.
Przy miejscowym kościele...
Początkowy odcinek ścieżki prowadzi wśród winnic. Warto wspomnieć o licznych rowerzystach, niemal bez wyjątku podróżujących z sakwami.
Z myślą o nich przygotowano liczne miejsca postojowe.
Nad jeziorem. Wiało tak silnie, że woda przelewała się przez belkę, na której leży Paweł.
Inny przykład miejsca biwakowego; do poczytania przewodnik...
Kierując się w stroną Bratysławy mijamy dużą farmę wiatraków.
Nowy Most na Dunaju w Bratysławie.
Stolica Słowacji słynie z wielu współczesnych rzeźb, które mogą zaskakiwać...
Oprowadzanie po mieście powierzam Pawłowi, dzięki czemu zwiedzanie odbywa się w ekspresowym tempie.
Zależy nam na czasie, bo zrobiło się już prawie ciemno, a chcielibyśmy wyjechać z miasta. Nie jest to jednak najłatwiejsze, bo za kolejny cel obraliśmy sobie wzgórze Kamzik (440 m). Na nocleg wybieramy altanę, już przy zjeździe z góry. Jesteśmy w Małych Karpatach.
Przejechane: 136,72 km Czas: 7h 51min Średnia: 17,40 km/h max: 43,35 km/h
Dzień 29 (13 sierpnia, środa)
Obiad w restauracji a la bar mleczny.
U podnóża Małych Karpat zwiedzamy dwa zamki: Czarwony Kamień i Smolenicki widoczny na zdjęciu.
Widok z wieży.
Wieczorem dojeżdżamy do Pieszczan; chyba największego uzdrowiska Słowacji. Posąg młodzieńca łamiącego kule jest sumbolem tego miasta.
Nocujemy na polu za Pieszczanami w pobliżu autostrady.
Przejechane: 132,73 km Czas: 7h 32min Średnia: 17,62 km/h max: 58,84 km/h
Dzień 30 (14 sierpnia, czwartek)
Ruiny zamku Beckov.
Kolejny zamek; w Trenczynie. Nie chce nam się już tam wjeżdżać.
Spotykamy Czecha zmierzającego na Zakarpacie. Z dumą podkreśla, że ten region Ukrainy przed wojną należał do nich.
Posiłek i kąpiel przy zbiorniku wodnym na Wagu.
Robi się już ciemno. Nie chcę jednak rezygnować z jazdy, bo do granicy z Polską jest już niedaleko. W ciemnościach zdobywamy przełęcz przed Turzovką. Spostrzegamy palące się ognisko przy jednym z zabudowań. Pytamy o nocleg. Gospodarz poleca nam szopę. Jego wnuczek nie może się nadziwić, dlaczego jedziemy nocą. "Poczuli dom, to jadą i nocą" - stwierdza jego mama. Chyba ma rację. Na ognisku pieczemy kiełbaski.
Szopa trochę zagracona, ale dla nas to i tak luksus.
Przejechane: 128,00 km Czas: 6h 6min Średnia: 20,97 km/h max: 43,74 km/h
Dzień 31 (15 sierpnia, piątek)
To już Polska...
W Wiśle wsiadamy do pociągu, który podwozi nas do Piotrkowa. I to by było na tyle...
Przejechane: 69,13 km Czas: 3h 47min Średnia: 18,24 km/h max: 53,91 km/h
Podsumowanie
Przejechane: 3486,03 km
W tym:
Polska - 295,94 km (8,5%) Czechy - 334,75 km (9,6%) Austria - 700,05 km (20,1%) Włochy - 715,6 km (20,5%) Słowenia - 63,72 km (1,8%) Chorwacja - 909,24 km (26,1%) Węgry - 152,38 km (4,4%) Słowacja - 314,35 km (9%)