Wyruszyliśmy o 6 rano i nie spiesząc się spokojnie mijaliśmy kolejne miejscowości. Poprzez mostki na Luciąży, Sulejów, Dąbrowę n. Czarną, śkórkowice do Fałkowa (woj. Świętokrzyskie). Za Fałkowem nareszcie zaczęłysię drogi, którymi jeszcze nie jechaliśmy wcześniej. Dlatego jechało się bardzo przyjemnie mimo nasilającego się upału. W Radoszycach Anka zauwarzyła, że nie wzięła pieniędzy z domu i nie wiadomo czy moje starczą na 3 dni. Za Radoszycami krótki popas i dalej przez Nalewajków, Kłucko, Grzymałków, Stachurę. Za Piaskami zaczął się stromy podjazd do Malmurzyna (430 m). Rozpościerały się stąd wspaniałe widoki na Łysogóry i pobliskie pasma. Pobiłem swój rekord na asfalcie do 75 km/h. Nastpnie przez Oblęgór i Micigózd. Tam zauważyłem mapę przy drodze i skierowaliśmy się na Podzamcze (ruiny zamku). Potem przez Piekoszów (sanktyarium Maryjne) do kamieniołomu za Jaworznią. Nie mogliśmy znaleźć jaskiń, więc pojechaliśmy dalej drogą ekspresową do Szewc, Zgórska i Nowin. W Nowinach kręciło się już trochę bikerów. Zapisałem się (60 zł + kaucja 50 zł), ale były słabe gratisy: zwykła koszyulka BikeMaratonu, płyta z filmikami z tegorocznych maratonów, odświeżacz do butów, chrupki chlebek i jakieś tam ulotki. Zrobiliśmy zakupy i zaczęliśmy szukać noclegu. Wspięliśmy się na wiadukt kolejowy i na szkle czy kolcach przebiłem z przodu dętkę. Nie było sensu dalej szukać i poszliśmy tylko trochę dalej w las i rozbiliśmy namiot. Ze względu na komary poszło nam wyjątkowo szybko.
Przejechane: 129,9 km Czas: 7h 22min Średnia: 17,6 km/h
Dzień 2 (28 maja, sobota)
Mogło być lepiej
Rano wstaliśmy dopiero o 8 bo nie było sensu zrywać się wcześniej, gdyż start maratonu dopiero o 11. Wróciliśmy się do Nowin, zdjąłem bagażnik i podpompowałem sobie koła do 3 atm. Aby się koła nie rozleciały. Zostawiłem wszystkie bagaże w jakiejś szkole i podjechałem na start. Miałem szczęście, że w porę zauważyłem, że mam zerwany gwint na ośce z przodu i koło z jednej strony wypada z widełek. Koleś z Meridy zakręcił mi drugą nakrętkę i się jakoś trzymało. Prawie punktualnie wystartowaliśmy. Po starcie uniósł się tuman pyłu i nic nie było widać, ale na szczęście w nikogo nie wjechałem. Trasa była początkowo łatwa asfaltem 30-40 km/h, później trochę pyłu i zaczął się pierwszy podjazd i ... wszyscy idą. Dlatego, że kilku z początku zaczęło iść reszta musiała się dostosować do 3 km/h ze względu na wąską ścieżkę tracąc do czołówki 15 min. Potem była bardzo ładna trasa w miarę równa i trochę asfaltu. Przez cały czas wyprzedzałem zdyszanych rowerzystów. Wydawało mi się, że jestem dobrze przygotowany (przynajmniej kondycyjnie) bo nie byłem zmęczony. Przed stokiem na punkcie pomiarowym organizatorzy miło zaskoczyli polewając uczestników odą bo już upał dawał się we znaki. Kryzys zaczął się na podjeździe na stok narciarski, ale nie dlatego, że było bardzo stromo, ale za to, że woda mi się już dawno skończyła i wypatrywałem tylko bufetu. Z Góry Kolejowej (287 m) zszedłem i stanąłem aby Anka zrobiła mi zdjęcie, ale nie wyszło :(. Później wiaduktem kolejowym po kamyczkach do upragnionego bufetu. Przy bufecie było duże zamieszanie i nic nie zjadłem. Wypiłem tylko 2 kubki Powerida i wziąłem jeszcze 2 butelki. Za bufetem zaczął się następny kryzys na podjeździe. Zaczęły mnie łapać skurcze i ledwie z przystankami podszedłem. Wyprzedziło mnie wtedy około 50 osób. Myślę, że to z powodu odwodnienia, dużej dawki Powerida i oczywiście brak treningu górskiego. Później trochę odżyłem aż do Przełęczy pod Bieliną (za drogą ekspresową), gdzie znajdował się 2 punkt pomiarowy i jak się okazało ostatni. Za Zawadą znalazłem bidon Izostara. Dalej jechało się dobrze aż do wyjechania z lasu, gdzie zaczęły się piachy. Upał i brak wody tak mnie osłabiły, że już miałem się zatrzymywać i odpocząć (kilka osób tak zrobiło) gdy zauważyłem 200 m dalej bufet. Wypiłem 0,5 l wody i 2 Powerady. Objadałem się bananami i ciastkami przez 20 min. Wziąłem jeszcze 2 butelki Powerida i ruszyłem powoli dalej. Nie mogłem jednak spokojnie patrzeć jak bikerzy mnie wyprzedzają i jechałem ich tempem (30 km/h). Na podjeździe za Szewcami i tak mnie wyprzedzili Ale na zjeździe byłem blisko ich doścignięcia. Wiedziałem, że już niedaleko do mety więc jechałem ten ostatni długi zjazd z prędkością 40-50 km/h. Bardzo mi się on podobał, dobrze utrzymana ścieżka bez większych kamieni i korzeni. Ostatecznie ukończyłem maraton na 531 miejscu z czasem 4,25 godz. Nie jestem zadowolony z wyniku, ale brak treningu zrobił swoje. Zauważyłem też, że miałem najgorszy rower na maratonie. Cieszę się, że nic mi się nie zepsuło. Na mecie wziąłem 3 butelki wody i 4 izotoniki. Podczas dekoracji zwycięsców na stadionie znalazłem jeszcze jeden bidon (BikeMaratonu) i dziurawą sportową dętkę. Po dekoracji pojechaliśmy w stronę domu zatrzymując się w lesie za Zgórskiem.
Przejechane: 76,14 km Czas: 5h 17min Średnia: 14,4 km/h
Dzień 3 (29 maja, niedziela)
Cężki powrót
Złożyliśmy namiot i pojechaliśmy kawałkiem wczorajszego maratonu. Wypiłem Powerida i ruszyliśmy przez Szewce, Zawadę, Gałęzice, Fanisławice. Jechaliśmy wolno, ale cały czas do przodu. Często stawaliśmy w cieniu aby odpocząć. Ale nie wiadomo kiedy przez Piskorzeniec, Skotniki, Sulejów dotarliśmy do domu.
Przejechane: 117,14 km Czas: 6h 58min Średnia: 16,8 km/h
Podsumowanie
Przejechane: 323,22 km Czas: 19h 37min
Średnia: 16,5 km/h